Chodź ze mną na spacer nad morze!

Ja w Trójmieście mieszkałam i sporo bywałam. Do dziś mam tam część najbliższej rodziny. Jako swój azyl wspominam plażę w Brzeźnie. Nieraz opowiadałam ukochanemu, jak uwielbiałam jeździć rowerem ścieżką wzdłuż wybrzeża i zjeżdżać na zachód słońca właśnie na molo w Brzeźnie. Kładłam wtedy rower na plaży, plecak pod głowę i gapiłam się w horyzont na morzu, aż zajdzie słońce.

Przy okazji takich opowieści dowiedziałam się, że mój luby nie miał jeszcze okazji tam być… Bardzo szybko postawiłam sobie zatem za cel: zrobić mu niespodziankę, zabrać go tam i pokazać te miejsca. Choćby na chwilę, najlepiej z zaskoczenia. Wymarzyłam sobie ten moment. Ponieważ poznaliśmy się na spontanicznych nocnych jazdach po mieście, chciałam zaproponować mu taką przejażdżkę i jechać, jechać, jechać… prosto na plażę w Brzeźnie.

Życie szybko weryfikuje szalone pomysły i ostatecznie nie mogłam sobie pozwolić sobie na tak wymarzony scenariusz spontaniczności. Ale stało się – przy okazji wizyty w Toruniu, zamiast wrócić do domu, z zaskoczenia obraliśmy azymut Trójmiasto 🙂

Nie nightdrive, a daydrive zaprowadził nas prosto do Gdańska. Zatrzymaliśmy się przy parku Regana i romantycznym krokiem udaliśmy się w stronę morza. Był to bardzo wczesny początek przedwiośnia, a dzień był wyjątkowo pogodny. To przyciągnęło tłumy okolicznych mieszkańców na spacer do Brzeźna.

Cieszę się, że choć w inny sposób niż planowałam, to jednak spełniłam to pragnienie i zabrałam ukochanego na spacer nad morze! Mogłam pokazać mu w końcu miejsce ze swoich wspomnień i usiąść razem na plaży, wpatrując się w nasze polskie morze…

Ta „brama” zawsze będzie symbolizować tę naszą mikro wycieczkę. Kilka miesięcy później, luby miał wyjazdy służbowe do Gdańska i podczas jednego z nich miał okazję odwiedzić dokładnie to samo miejsce. Kiedy przesłał mi swoje zdjęcie spod tej drewnianej bramy, dosłownie się wzruszyłam. „Patrz, gdzie jestem. To tutaj zabrałaś mnie na pierwszy spacer nad morze”.

To był spontaniczny wypad na chwilę. Dosłownie po to, by przywitać się z plażą i wracać do domu. Ale nie mogłam nie pokazać ukochanemu magicznego Starego Miasta w Gdańsku. Już po zaparkowaniu w pobocznych uliczkach witają nas klimatyczne kamienice. Kocham je, w Gdańsku zawsze chodziłam z głową w chmurach 😉

Zaskoczyły mnie zmiany nad Motławą. Wychodzi na to, że dawno nie odwiedzałam swojego kochanego Trójmiasta, bo bardzo się zmieniło!

A Sołdek od lat jest taki sam 🙂

Żuraw – to chyba najbardziej charakterystyczny punkt spaceru nad Motławą.

I niepowtarzalna ulica Mariacka… Nie zapomnę, gdy prowadziłam w jej stronę i zapewniałam lubego, że piękniejszej uliczki w życiu nie widział. Myślę, że się ze mną zgodził 😉

Nie dość, że kocham utwór „Kolorowy wiatr”, to w takim wykonaniu absolutnie skradł moje serce. Przepiękne i totalnie wzruszające. I na zawsze będzie kojarzył się z romantycznym spontanicznym spacerem z moim wybrankiem – pierwszy raz na ziemiach Trójmieskich.

Na zakończenie zachód słońca na Długim Targu.