Do jakiego poziomu się zbliżam, skoro wybieram się już na eventy grzybowe? Oto nadeszło zorganizowane grzybobranie. Z Nadleśnictwem Radziwiłłów.
Wychodzi na to, że jestem niezła w wyszukiwaniu lokalnych atrakcji, bo tę wypatrzyłam w odpowiednim czasie. Okazało się, że Nadleśnictwo Radziwiłłów organizowało grzybobranie dla chętnych już kilka lat z rzędu. Rok później już się takie nie odbyło, więc być może załapałam się na ostatni taki grzybowy event w Puszczy Bolimowskiej.

Kiedy? 23 września 2023
Może nie będę trzymać nikogo w niepewności i od razu zdradzę, że z tego grzybobrania wróciłam z pustym koszykiem, za to z pełnym brzuchem. Jeśli ktoś się zastanawia, jak w ogóle dołączyć do takiego wydarzenia, zdradzę, jak się tam w ogóle znalazłam.
Zorganizowane grzybobranie
Po pierwsze, wypatrzyłam wydarzenie na Facebooku i zapoznałam się z opisem. Analogiczną informację można było znaleźć na stronie Nadleśnictwa Radziwiłłów, ale jak się łatwo domyśleć, osoba nie związana z tą instytucją ani nie będąca pasjonatem leśnictwa czy fanem Polskich Lasów Państwowych raczej na takową nie zagląda. Z opisu wydarzenia wynikało, że będzie trwało kilka godzin i zostanie zwieńczone wspólnym ogniskiem. Liczba miejsc była ograniczona, dlatego kto pierwszy, ten lepszy. Można było się zgłosić mailowo lub telefonicznie. Wybrałam tę pierwszą opcję, ale ponieważ nie otrzymałam potwierdzenia o tym, że się załapałam, byłam niestety zmuszona i tak wykonać telefon, aby wiedzieć, czy nie jadę na marne. Zapisałam siebie i Jadzię, ale na moje nieszczęście coś jej wypadło i ostatecznie musiałam pojechać sama. Najgorzej.

Podano konkretne miejsce i godzinę zbiórki uczestników. Na miejscu okazało się, że lista zgłoszeń była skrupulatnie pilnowana, bo trzeba było się zameldować przy stoliczku, odnaleźć się na liście i złożyć podpis wraz z podaniem numerów rejestracyjnych samochodu 😃. Łącznie było z kilkadziesiąt osób, samych pracowników Nadleśnictwa ze 20 i pi razy drzwi z 2 razy tyle grzybiarzy. Wszyscy byli w towarzystwie kilku osób. Albo z rodziną, dziećmi, albo partnerami i znajomymi. Tylko ja jedyna przyjechałam na ten event samotnie.


Biorąc pod uwagę moje wciąż niewielkie doświadczenie w grzybobraniu, nie czułam się zbyt komfortowo wiedząc, że nie mam pod ręką swojej mistrzyni, która pomoże mi zidentyfikować i zatwierdzić każde znalezisko. Szybko się jednak okazało, że nie było w ogóle co sprawdzać. Z podgrzybkami bym sobie poradziła, ich byłam już pewna. Problem w tym, że na tym wyjątkowym zorganizowanym grzybobraniu nie znalazłam ani jednego pierdolonego grzyba, totalne zero.

Ale wróćmy do początku. Tego dnia moja ówczesna Corsa była chyba w serwisie, więc musiałam jechać czołgiem lubego – Mazdą 6 w kombi. Kocham ten samochód, dopóki nie trzeba go zaparkować albo jechać w nieznane 😃. Nie jest dla mnie najłatwiejszy w obsłudze, dlatego byłam niezmiernie dumna, kiedy udało mi się dotrzeć nim bez szwanku wąskimi leśnymi szosami i zaparkować jako praktycznie ostatnia uczestniczka na leśnym parkingu.


Grzybobranie było bardzo dobrze zorganizowane. Po sprawdzeniu listy uczestników pracownicy Nadleśnictwa wręczyli nam wydrukowane mapki poglądowe obszaru, po którym mogliśmy się poruszać. Wyjaśnili po krótce zasady poruszania się po lesie i oznajmili, o której godzinie mamy stawić się z powrotem na zbiórce. Jeśli pamięć mnie nie myli, mieliśmy 3 godziny na szukanie grzybów. Od 10 do 13.
Jak się znaleźć w lesie? Poradnik
Zrobię zatem użytek z tego postu i uczynię go edukacyjnym. Oto informacje z załączonej kartki „czas w las”, opracowanej przez Lasy Państwowe:

- Las jest podzielony na specjalne sektory – oddziały leśne.
- Na nizinach oddziały mają zazwyczaj równy kształt geometryczny. W górach najczęściej są one nieregularne.
- Każdy oddział ma swój numer.
- Numery znajdują się na słupkach, umieszczonych w narożnikach oddziału (w południowo-zachodnim rogu).
- Gdy się zgubisz, wystarczy kierować się w jednym kierunku, a prędzej czy później dotrzemy na bezdrzewny pas lub drogę, wyznaczającą tzw. linię oddziałową.
- Gdy podążysz wzdłuż tej linii, natrafisz na słupek oddziałowy z numerem oddziału.
- Pozostaje tylko odszukać się na leśnej mapie.
- Gdy się zgubisz w lesie to nie wpadaj w panikę i spokojnie podążaj w jednym kierunku, aż natrafisz na charakterystyczne punkty terenu. Mogą to być np. linie energetyczne czy gazociągi, które często pokrywają się z linią oddziałową.
- W górach znajdź potok. Podążając zawsze „z nurtem”, czyli idąc wzdłuż potoku, schodź w dół. W ten sposób trafisz do najbliższej wioski lub drogi.
- Zainstaluj na swoim telefonie odpowiednią aplikację mapową, taką jak mBDL, która po zapisaniu w pamięci nie wymaga dostępu do Internetu.
- Włącz GPS i ruszaj w teren!
- Możesz skorzystać z mapy elektronicznej, którą znajdziesz na stronie https://www.bdl.lasy.gov.pl/portal/

Ważne numery telefonów:
- 112 – Europejski Numer Alarmowy
- 997 – Policja
- 998 – Straż Pożarna
- 999 – Pogotowie Ratunkowe
- 601 100 100 – Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe
- 985 lub 601 100 300 – Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe
Sama w Puszczy Bolimowskiej
W moich wcześniejszych „grzybowych” postach wspominałam, że nie wyobrażam sobie iść na grzyby sama. Po pierwsze, bo za mało o nich wiem i potrzebuję towarzystwa doświadczonej osoby, aby po prostu nie zebrać nic śmiertelnie trującego. Ten problem uznałam za nieaktualny, bo po kilku razach już naprawdę nie miałam wątpliwości, że potrafię rozpoznać podgrzybki. Innych gatunków mogę na wszelki wypadek nie brać. A gdybym coś znalazła, zawsze mogłabym spytać ludzi z nadleśnictwa. Pozostał więc problem numer dwa, wciąż aktualny. Ryzyko zgubienia się w lesie. Kiedy przemierzam las z Jadzią, czuję się bezpiecznie. Nie chodzi o to, że jest ona mistrzem orientacji w terenie. Raczej żadna z nas nie jest. Ale co dwie głowy, to nie jedna i perspektywa szukania drogi powrotnej w towarzystwie nieszczególnie mnie przeraża. Tym razem byłam zdana sama na siebie. Miałam wydrukowaną mapkę z podziałem lasu na działki, instrukcję korzystania ze słupków jako punktów orientacji oraz namiary na aplikacje, których nie byłam w stanie ściągnąć, gdyż byłam szczęśliwą posiadaczką Huawei’a z mocno ograniczonym systemem HMS 😃.


Miałam taki moment, że się zgubiłam. Sięgnęłam wtedy po otrzymaną kartkę, dotarłam do słupka i odnalazłam się na podstawie załączonej mapki ponumerowanych obszarów i instrukcji. Zapamiętałam to, co przekazali nam pracownicy nadleśnictwa. Jeśli patrzysz na słupek oddziałowy i widzisz na nim numer, to oznacza on numer oddziału znajdującego się przed słupkiem, czyli za twoimi plecami. Dlatego polecam zapoznać się z poprzednim akapitem i ściągnąć sobie aplikację mBDL, jeśli ma się taką możliwość. Tam będą numery oddziałów, które ja miałam wówczas wydrukowane na kartce.

Porażka na grzybobraniu
Na początku poruszałam się „za tłumem” trzymając się z bezpiecznej odległości od niego. Dopóki miałam na horyzoncie innych uczestników, czułam się bezpiecznie, bo przecież wszyscy mieli docelowo wrócić do tego samego punktu, co ja, więc wystarczyło ich śledzić. Niestety kawałek lasu, który przemierzaliśmy, nie był zbyt łatwy. Drzewa rosły gęsto, między nimi było pełno suchych splątanych gałęzi lub chaszczy, przez co poruszanie się po terenie było dalekie od płynnego. Nie minęło dużo czasu, a już straciłam z zasięgu wzroku i słuchu jakiekolwiek postaci. Nie mogłam więc już liczyć na śledzenie kogokolwiek. Podjęłam więc asekuracyjną strategię – postanowiłam nie zapuszczać się zbyt głęboko, kręcić się trochę w kółko i dość regularnie sprawdzać godzinę.


Po bliżej nieokreślonym czasie dopadł mnie grzybowy wkurw – nie byłam w stanie dostrzec w lesie absolutnie niczego! W głowie miałam nauki przekazywane mi sukcesywnie przez Jadźkę podczas każdego wspólnego grzybobrania. Wiedziałam już mniej więcej, jak ocenić potencjał krajobrazu, jakich drzew i elementów terenu czy roślinności szukać, aby znaleźć jakieś grzyby. I nic, zero. W pewnym momencie byłam już na tyle skupiona na tym, aby zdążyć wrócić na czas na miejsce zbiórki i nie zgubić się po drodze, że odpuściłam już szukanie grzybów. Nie wierzyłam, że cokolwiek znajdę, więc… delektowałam się przyrodą i robiłam zdjęcia 🙃. Roślinek, listków, żuczków, lasu…



Było mi smutno, że nie byłam w stanie znaleźć żadnych grzybów. Pomyślałam, że może ten las i okres były wyjątkowo ubogie i większość z nas wróci z pustymi koszykami.



Niestety tak nie było. Nie miałam pojęcia, skąd ci ludzie nabrali tyle tych grzybów, ale każdy coś zebrał! Niektórzy, owszem, nie mili tego zbyt wiele, ale mieli! Inni całkiem sporo. W ten sposób zostałam jedyną osobą na tym grzybobraniu, która nie dość, że przyjechała sama, to jeszcze nic nie znalazła w lesie. Przykre.



W momencie, gdy wszyscy wrócili na miejsce ze swoimi zbiorami, doszliśmy do sedna eventu. Każdy koszyk ważono i zapisywano wynik w tabeli. Okazało się, że uczestnicy brali udział w konkursie. Na największe zbiory, na największy, tj. najcięższy okaz pojedynczego grzyba… W nagrodę wręczano jakiś zestaw gadżetów z nadleśnictwa, a nawet koszyk przysmaków! Były tam jakieś dobre przetwory, nożyk do grzybów, urządzenie do wyciągania kleszczy i standardowe pierdoły reklamowe, ale wyglądały porządnie.



Później zrobili jeszcze jeden konkurs z nagrodami, głównie z myślą o dzieciach. Pani z nadleśnictwa poukrywała zalaminowane kartki z wydrukowanymi grzybami w różnych miejscach w lesie i wygrał ten, kto znalazł i przyniósł ich jak najwięcej. Myślę, że to całkiem pozytywna opcja na spędzenie rodzinnej soboty. Ja byłam już tak przybita swoim zerowym wynikiem, że miałam ochotę po prostu wrócić do domu.
Uczta u Nadleśnictwa
Ale zostałam. Na wyżerkę 😊.



Wiedziałam, że w ramach eventu odbędzie się ognisko, a to jest coś, co ubóstwiam. Wzięłam nawet prowiant ze sobą. Kiełbasę, chleb i swój wspaniały składany przenośny kijek do ogniska. Szybko się jednak okazało, że nie potrzebuję nic z tych rzeczy. Zrozumiałam też, dlaczego lista uczestników była ograniczona.

Nadleśnictwo zapewniło pełne wyżywienie! I to jakie! Mnóstwo kiełbasy, którą nacinali i kładli na ruszt zamontowany nad ogniskiem nie kto inny, jak pracownicy nadleśnictwa. Pilnowali, obracali, ściągali. Uczestnicy mieli wszystko dosłownie podane na tacy 😊. Było też oczywiście pieczywo i suto zastawione stoły! Były na nich wędliny, kabanosy, kiełbasy, pasztety, w tym dużo z dziczyzny. Do tego rozmaite konfitury, dżemy, grzyby marynowane, ogórki kiszone, konserwowe. Na osobnym stole można było nalać sobie lemoniady, wziąć butelkę wody, sporządzić gorącą kawę lub herbatę, a do tego poczęstować się ciastem drożdżowym. Naprawdę na bogato. Muszę przyznać, że Nadleśnictwo Radziwiłłów wykorzystało budżet w bardzo przyjazny sposób. Tak wiem, jestem podatnikiem i za to płacę. Szanuję jednak, że wydarzenie było publiczne i ogólnodostępne i mogłam coś uczknąć z tych swoich ciężko zarobionych podatków 😉.








Posiedziałam więc przy ognisku, upiekłam kiełbasę i uraczyłam się rarytasami przyszykowanymi przez nadleśnictwo. Niektórzy zrobili sobie niezłą imprezę, bo gdzieś wokół polewano nalewki, wódkę… Ludzie dobrze się bawili, a ja zdobyłam nowe ciekawe doświadczenie w tematyce grzybobrania.
Tym razem było bez efektów, ale inaczej niż zwykle!