Czasem lubię liczyć w myślach, ile razy byłam w górach. Teraz mogę powiedzieć, że mój 15-ty wypad w góry to istny powiew świeżości. Beskid Żywiecki okazał się być pasmem totalnie pod moje potrzeby!
Kiedy? 27.04-02.05.2024

Zawsze po powrocie z majówki pojawia się u mnie uczucie satysfakcji i naładowania baterii pomieszane z żalem, że oto z powrotem siedzę w bloku z wielkiej płyty przy dość ruchliwej ulicy i nie mam już za oknem pagórkowatego magicznego widoku otoczonego błogą ciszą. Jeśli miałabym się jednak skupiać na pozytywnej stronie, to jakże miło jest wrócić do miasta z nowym bagażem doświadczeń.
Majówkowe wspomnienia
Podczas najświeższych wspomnień przelatują mi przed oczami majówkowe wyprawy z przestrzeni ostatnich 10 lat:
- 2015: pierwszy wyjazd w Bieszczady w aurze deszczu i mgły
- 2016: powrót w Bieszczady, tym razem z rowerami na pokładzie!
- 2017: wizyta na Litwie i city break w Wilnie
- 2018: piknik & grill w parku w Pruszkowie oraz nightdrive nad Zegrze 😀
- 2019: wyjazd do Szczyrku większą ekipą
- 2020: spacer w Kazimierzu Dolnym – wypad tam i z powrotem
- 2021: domowo & deszczowo
- 2022: start 2-miesięcznego challenge’u sportowego, czyli intensywne rowerowanie i spacerowanie z wizytą w Browar Socho
- 2023: Harrachov i czeskie wodospady u stóp Karkonoszy
- 2024: Beskid Żywiecki
Czuję, że każda z ww. wypraw zasługuje na wpisy w tym moim obyczajowym pamiętniku. Każda na swój sposób była wyjątkowa, mam jednak wrażenie, że tegoroczna była najlepsza albo na silnej pozycji w TOP 3. Dlaczego? Bo najbardziej dostosowana do potrzeb coraz bardziej wygodnickiego człowieka.

Majówka pod moje potrzeby
O co chodzi z tym całym wygodnictwem? Można powiedzieć, że z wiekiem dziadziejemy, przyjmijmy jednak wersję, że mądrzejemy, coraz bardziej rozumiemy własne potrzeby i potrafimy je spełniać. Pamiętam, jak wspomniana wcześniej majówka w 2015 roku trwała dosłownie do ostatniej chwili. Wróciłam obolała po wymagających (dla mnie) bieszczadzkich szlakach w nocy z pełnym bagażem i przemoczonymi ubraniami po to, by następnego dnia zerwać się ok. 5 rano i gnać komunikacją z trzema przesiadkami do pracy. Bo liczyła się przecież każda chwila, nie można było zmarnować ani godziny urlopu! Przerwa od pracy musiała być wypełniona po brzegi atrakcjami, żeby móc wrócić do codzienności z pełnią satysfakcji.
Nie zapomnę również przemęczenia organizmu podczas pobytu w Szczyrku. Tam panował swoisty grupowy rygor porannego wstawania i zdobywania szczytów od wczesnych godzin. Trochę jak na obozie sportowym – w moim, jako osoby niewysportowanej, odczuciu. Nie będę się w tym miejscu rozwodzić nad moim wiecznym brakiem formy – to osobny i rozległy temat. Faktem jednak jest, że mimo najszczerszych chęci wyprawy górskie kosztują mnie ogrom wysiłku i trochę cierpienia. Dlatego pójście w góry dzień po dniu bez regeneracji jest dla mnie dość wykańczającym wyczynem. I kiedy wspominam majówkę 2019, pamiętam jak metodycznie schodziłam po schodach w miejscu noclegu czując mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Zaciskałam zęby i choć marzyłam, by ten dzień przeleżeć i odchorować, stawiłam się na porannej zbiórce z przerażeniem, by tego dnia pokonać kolejne strome kilometry. Nie zmienia to faktu, że majówka była bardzo udana, ale chodzi o przerost ambicji nad możliwościami. Mogłabym to opisywać dalej, ale przecież dzisiaj opowiadam o Beskidzie Żywieckim!
Potrzebowałam jednak porównania, żeby nakreślić, jak można zmienić podejście w ciągu paru lat. W Szczyrku nie mogłam odstawać od grupy i mimo przemęczenia wstawałam rano, żeby pogłębiać swoje fizyczne cierpienie w imię wspólnych przeżyć i pięknych widoków.
W 2024 roku nie robię już nic na siłę i mam niewielkie, ale sprawdzone grono, które też potrafi zwiedzać „na spokojnie”: Ja, Bartek, Asia i Bunia. Wszyscy lubimy piękne widoki i chcemy zażyć nieco wysiłku o własnych nogach, ale bez bicia rekordów. Jednocześnie mamy potrzebę się wyspać i nie narzucamy sobie rygoru wojskowej pobudki – nie po to wyjeżdżamy na wypoczynek, by zrywać się na dźwięk budzika jak do pracy 😀 Szanujemy wzajemne samopoczucie i przewidujemy potencjalne przerwy od chodzenia po szlakach w razie wyraźnego spadku energii. Każdy z nas lubi też urozmaicenie w postaci czystego relaksu: niewymagający spacer, leżakowanie, grill. To wszystko miało miejsce podczas tegorocznej wyprawy w góry, dlatego nie możemy doczekać się kolejnej!

Zapraszamy na wspomnienia z Majówki 2024 😀
Wymarzony nocleg
Zacznijmy od tego, że Asia znalazła fantastyczny nocleg: Kolorowe Domki w miejscowości Laliki. Jest to kompleks czterech niezależnych domków na wspólnym ogrodzonym terenie. Położone przy drodze są świetną bazą wypadową na szlaki w obrębie Beskidu Żywieckiego. Jak sama nazwa wskazuje, każdy domek ma inny kolor: szary, żółty, zielony i czerwony. Co ciekawe, nie różnią się tylko barwą drewna na zewnątrz. Każdy wyposażony jest w meble i dodatki pod swój indywidualny kolor! Drewniane krzesło na balkonie, stół z ławami na tarasie, leżaki, meble kuchenne, a nawet poduszki na kanapie!

Po rozmowie z właścicielem okazało się, że pomysł na ten cały przybytek to owoc jego własnej wyobraźni dopracowany przez wykonawcę. Szacunek! Trzeba przyznać, że Pan przygotował to wszystko z polotem i obiekt poza dogodną funkcjonalnością cieszy oko i umila pobyt.

Dodam, że nam przypadł domek zielony. Jak on w ogóle wygląda? Na parterze znajduje się salon wyposażony w narożnik ze stolikiem kawowym oraz stylowa część kuchenna, ze zmywarką! Mamy tam do dyspozycji stolik z krzesłami z możliwością rozszerzenia! Dodatkowe krzesła umieszczono pod schodami, także w naszym przypadku (3 osoby + pies) korzystaliśmy z podstawowej wersji ciesząc się większą przestrzenią, a ekipa 8-osobowa też spokojnie zje posiłek w pełnym gronie. Zmyślne! Na dole jest także łazienka oraz przedsionek z wieszakami i leżakami do wykorzystania na zewnątrz. Wiadomo, że na nich wypoczywaliśmy. Na górze mamy z kolei dwie sypialnie z dwoma dwuosobowymi łóżkami wraz z meblami do wygodnego przechowania ubrań i rzeczy. Może przesadzam z opisywaniem pełnego ekwipunku na stanie kolorowych domków, wspomnę zatem o tym, co uważam za godną uwagi atrakcję 😀 Grill do każdego domku, piękna przestrzeń na ognisko, altanka, plac zabaw dla dzieci i…opalana drewnem balia! Za odpowiednią dopłatą można wygrzać się w ciepłej wodzie z widokiem na góry. Ten z kolei jest dostępny od frontu każdego z kolorowych domków. Czyż to nie wymarzony nocleg?

Co warto dodać? Obiekt jest przyjazny psom, a właściciel bardzo sympatyczny, pomocny i zainteresowany swoimi gośćmi, dlatego serdecznie polecam to miejsce chętnym na beskidzkie wyprawy. Przebywanie w takiej przestrzeni bardzo umiliło mi tegoroczną majówkę.

Góry inne niż zawsze
Wiem, że się powtarzam, ale chodzenie po górach jest dla mnie cholernie trudne. Nie wnikając w szczegóły, mam problem z oddychaniem, tętno rośnie mi jak szalone i zawsze ciągnę się dalej z tyłu. Jeśli przyszło Ci do głowy, że wystarczy ćwiczyć i zrobić formę, uwierz mi, to nie ten case. Tak czy inaczej, takie są fakty. Niezależnie od poziomu wytrenowania chodzenie pod górę jest dla mnie arcy-wykańczające i zawsze mocno odstaję od grupy, a pokonując kolejne metry i przewyższenia muszę wspinać się na wyżyny swojej wytrzymałości, żeby dotrzeć do celu. Niemniej, udaje mi się to, swoim wolnym tempem i wysiłkiem, który nazywam „walką o życie”, ale udaje! I tu chciałabym pocieszyć każdego, kto zna ten stan i ma podobne uwarunkowania zdrowotne/fizyczne. Beskid Żywiecki jest dla nas! Nie odwiedziłam co prawda każdego polskiego pasma górskiego, więc nie mam pełnego spektrum porównania. Odniosę się jednak do tego, co mi znane.
Tatry? Byłam raz w dzieciństwie i nic nie pamiętam, a na studiach weszłam na Gubałówkę i na tym póki co poprzestanę 😀 Wiem, że to najwyższe polskie góry, gdzie większym przewyższeniom towarzyszy bardziej skomplikowany poziom trudności. Jako osoba słaba fizycznie nie zamierzam się tam narażać i stresować. Poza tym odstrasza mnie ogromne zagęszczenie turystyczne i przede wszystkim dręczenie koni. Marzenie o odwiedzeniu Morskiego Oka spełnię chyba dopiero gdy wykorzystywanie tych biednych zwierząt na szlaku stanie się zakazane i nieobecne. Może jestem naiwna, ale przecież jeszcze mniej niż 20 lat temu można było palić papierosy praktycznie wszędzie, więc może jest nadzieja…
Pieniny – byłam dwa razy, z czego raz weszłam na szczyt Trzech Koron, i to w nocy! To temat na osobną opowieść, ale w kwestii porównania mogę powiedzieć tyle, że było to dla mnie trudne doświadczenie fizyczne. Czy wspominałam, że mam lęk wysokości? To wspominam. Na sam szczyt wchodzi się wbudowanymi w skałę schodami z takiej metalowej kraty. Tak samo skonstruowany jest taras widokowy na samej górze. Przez dziury widać przepaść i do tej pory nie mam pojęcia, jak pokonołam strach, aby tam wejść i na nim stanąć. Widoki były absolutnie bajeczne, ale właśnie: widoczne po wejściu dosłownie na szczyt. Po drodze przez las pamiętam tylko jedną odsłoniętą niewielką polanę, na której zrobiliśmy sobie przystanek, by podziwiać gwiazdy nocą. W takim regionie nocne niebo jest spektakularne, więc chwila była niezapomniana. Jeśli jednak odniesiemy stosunek wysiłku do momentów, w których można podziwiać jakieś widoki, proporcja jest dość bezlitosna. Być może inne wejścia są bardziej obfite w prześwity z widokami po drodze. Ze swojej perspektywy widzę to jednak tak: zasuwasz do utraty tchu kilka godzin, żeby na drżących nogach na małej powierzchni obrócić się w lewo, prawo i pooglądać panoramę Pienin dosłownie krótką chwilę. To przecudowne góry i proszę mnie nie linczować, bazując na swoim doświadczeniu i możliwościach oceniam je na trudne. Mają oczywiście do zaoferowania atrakcję w postaci Spływu Dunajcem, pamiętam też urocze spacery na dole wzdłuż potoków. Sam szlak – dla mnie zbyt wymagający.
Bieszczady – niektórzy śmieją się, że to nie są prawdziwe góry, tylko takie tam trawiaste pagórki. Nie zgadzam się z tą opinią. Wiadomo, zestawione ze szlachetnymi skalnymi Tatrami będą kojarzyć się z pagórkami, ale czy zdobywanie bieszczadzkich szczytów to bułka z masłem? Nie dla mnie. Byłam w nich 3 razy i za każdym razem wchodziłam na jakąś górę. Na najwyższej w paśmie Tarnicy byłam nawet dwa razy i pamiętam, że była to dość męcząca przygoda. Owszem, docierały tam także rodziny z dziećmi i raczej nie ma tam szczególnie wymagających technicznie podejść. Dziś już wiem, co wykańczało mnie tam najbardziej. Schody! Przygotowane dla turystów schody kamienne, ze skały czy wyrzeźbione na korzeniach drzew były dla mnie prawdziwym wyzwaniem.
Dziś już wiem, że wędrówka stromym, ale względnie płasko ukształtowanym podejściem jest znacznie przyjaźniejsza niż konieczność zginania kolan i odpychania się drugą stopą po nierzadko wysokich stopniach w ilości dziesiątek czy nawet setek razy. Pamiętam też trudny odcinek podczas wędrówki na Połoninę Caryńską. To taki moment, kiedy przez chwilę zastanawiasz się, gdzie i jak postawić stopę, żeby się nie spierdolić. Ktoś tam wówczas zaliczył glebę, a jakaś Pani widząc moje trudy zlitowała się nade mnę i podarowala mi kija do podpierania, gdyż sama schodziła już w dół i stwierdziła, że mi bardziej się przyda. Jako ciekawostkę dodam, że to właśnie w Bieszczadach potrzebowałam najwięcej przystanków i to tam ludzie zaczepiali mnie pytając, czy wszystko ze mną w porządku. Natomiast widoki podczas wędrówki w tym paśmie uważam za specyficzne. Oczywiście, że przepiękne, nie ma chyba brzydkich gór. Jednak kojarzą mi się one głównie z połoninami, łąkami. Jakoś to wszystko się stosunkowo wypłaszcza wraz z pokonywaniem metrów w górę.
Beskid Śląski i Szczyrk – wspominam również jako męczące. Niekoniecznie trudne technicznie, bo wtedy nie posiadałam jeszcze górskiego obuwia i trasy pokonywałam w adidasach… Obstawiam, że pamiętam te wyprawy jako ogromny wysiłek, bo robiliśmy dość ambitne odległości. Być może przy mniejszych dystansach pasmo byłoby porównywalne do tego, które odwiedziliśmy w tym roku.
Karkonosze – podczas wizyty w czeskiej części pasma spacerowaliśmy głównie u podnóża tych gór, wzdłuż potoków i wodospadów, dlatego ciężko ocenić jest trudność typowych tras trekkingowych. Pamiętam jednak, że jednego dnia byliśmy z wizytą po polskiej stronie w Szklarskiej Porębie nad wodospadem Kamieńczyk. Udaliśmy się następnie na spacer szlakiem nie znając jego przeznaczenia. Po jakimś czasie oczywiście zabrakło mi tchu i wszyscy postanowiliśmy cofnąć się z powrotem do miasta, ponieważ nie mieliśmy na celu zdobywać szczytów. Później okazało się, że przez przypadek podążaliśmy w kierunku szczytu Szrenica, ale pokonaliśmy stosunkowo niewielką odległość. Myślę, że można kiedyś spróbować tego kierunku.
Beskid Niski – byłam tam na grzybach 😀 Celem wyprawy nie było zdobywanie szczytów ani pokonywanie szlaków turystycznych, jednak krążenie po okolicy pozwoliło ocenić ją na pierwszy rzut oka jako przyjazną i względnie łatwą.
I w końcu po ścianie tekstu dochodzimy do sedna sprawy – Beskid Żywiecki. To nasza pierwsza wizyta w tym regionie i zdaje się, że każdy był ucontentowany malowniczością terenu. Ja najbardziej doceniam stosunek wysiłku do nagrody w postaci widoków! Czy to oznacza, że nic się nie męczyłam? Oczywiście, że nie! To wciąż podejścia pod górę, moja osobista walka o życie i pozostawanie w tyle za innymi. To także specyficzne schodzenie po schodach kolorowego domku po pierwszym dniu na szlaku i poruszanie się jak kaczka do końca wyjazdu. Jednak w porównaniu do wspomnianych wcześniejszych wypraw górskich odnoszę wrażenie, że miałam podczas tego wyjazdu najmniejsze poczucie zniszczenia. Jako ciekawostkę wspomnę, że jako dumna posiadaczka Garmina (dumna, bo wygrałam go nota bene ogromnym i długotrwałym wysiłkiem fizycznym :D) wiem, że podczas tegorocznej wyprawy moje najwyższe tętno wyniosło 166 bpm i miało to miejsce podczas stromego podejścia na pomylonym szlaku, o którym opowiem za chwilę. Natomiast podczas wysokiego wysiłku oscylowało w okolicach 150 bpm. W Bieszczadach w 2022 roku, kiedy miałam jedną z najlepszych form w życiu, najwyższe sięgało niemal 180 bpm, a najczęściej oscylowało między 165 a 170 bpm.
Także stosunkowo mniej morderczy wysiłek podczas wędrówki to jedno. Drugi powód ogromnej przewagi Beskidu Żywieckiego to możliwość zachwycania się widokami na wielu etapach trekkingu.

Szalenie doceniam fakt, że co „parę” metrów można obrócić się, aby podziwiać otaczającą nas panoramę gór. Na wielu etapach odwiedzonych przez nas szlaków można też trochę odetchnąć od toczenia się pod górę, ponieważ niektóre odcinki wiodą po względnie płaskim terenie. To wielka ulga dla organizmu i możliwość podładowania baterii przed kolejnym podejściem. Ponadto, zanim wejdziemy na właściwy szczyt, możemy rozkoszować się widokiem i odpocząć czy zjeść przekąskę goszcząc się na pagórku/łące spotkanych po drodze. Zapamiętam tę możliwość jako wyjątkową przyjemność i odprężenie w drodze na szczyt czy do schroniska.
Do wszystkich ww. zalet dodam jeszcze relatywnie niski stopień turystyki. Asia, która zaproponowała w ogóle ten kierunek jako cel tegorocznej majówki czytała, że region nie cieszy się jakimś szczególnym zainteresowaniem i uważany jest za niedoceniany na arenie polskich gór. Totalnie nie wiem dlaczego, ale cieszę się, że mogłam skorzystać na umiarkowanej popularności tych terenów, ponieważ nie da się ukryć, że zatłoczenie turystów, jak i poziom generowanego przez nich hałasu potrafi odebrać przyjemność z wyprawy. Miło było dla odmiany wędrować i spotykać ludzi tylko raz na jakiś czas.
Przyznaję, jest jeszcze jedna istotna przyczyna takich okoliczności. Nasz mądry wybór terminu wyjazdu! Majówka to przede wszystkim okres 1-3 maja. My postawiliśmy na urlop pod koniec kwietnia i wyjazd w weekend poprzedzający właściwy tydzień majówkowy oraz powrót w szczycie turystycznym, czyli 2 maja. Dzięki temu nie mieliśmy korków tam ani z powrotem, a podczas pobytu liczącego 4 pełne dni przez 3 mieliśmy absolutny luz na szklakach i dojazdach do nich. Dopiero nasz ostatni pełny dzień, czyli 1 maja, obfitował w rodziny z dziećmi na szlaku i gęsty ruch na ulicach. Poczucie, że tylko raz jesteśmy skazani na tłok nawet nie dał nam się szczególnie we znaki, gdyż byliśmy usatysfakcjonowani poprzednimi 3 dniami w lusksusie.
Także strategia doboru terminu ma ogromne znaczenie. Wierzę jednak, że w popularniejszych górach było znacznie gęściej niż tutaj, nawet tego 1 maja. Co jeszcze? Podczas wspomnianych 4 wycieczek tylko raz zapłaciliśmy za parking i to 10 zł. To atrakcyjna cena. Pamiętam, że w Bieszczadach płaciło się absolutnie zawsze i wszędzie, 20-25 zł w 2022 roku oraz dodatkowo w kasie biletowej przed wejściem na szlak. Wybrane przez nas trasy w Beskidzie Żywieckim były bezpłatne.

Jestem wdzięczna Asi, że znalazła i zaproponowała właśnie ten kierunek. W dodatku zrobiła dobry research i opracowała dogodne dla wszystkich i atrakcyjne trasy. Przyznaję, przyjechałam totalnie na gotowe, nie jestem dobra w planowaniu szlaków. Okazuje się, że dobrze jest poruszać się przy użyciu aplikacji mapy turystyczne oraz mapy.cz. Nie mam w nich obycia, ale to must have do ogarnięcia na kolejne wyprawy!
Na koniec tej części ciekawostka. Spytałam Asię, jak wynalazła tak przyjazne góry i skąd wiedziała, że będą łatwiejsze, a jednocześnie tak malownicze? Otóż trafiła na nie poszukując dogodnych szlaków do pokonywania z psem. Odkąd jest posiadaczką kosmatego czarnego pudelka, bierze pod uwagę jego (a w zasadzie jej) potrzeby i możliwości podczas planowania wycieczek. Dlatego nie może sobie pozwolić na mordercze podejście czy też takie, gdzie wstęp psom jest po prostu zabroniony.
Także w dotychczasowym subiektywnym rankingu przyjemności łamane na trudności wypraw górskich Beskid Żywiecki zdobywa pierwsze miejsce! Jaki z tego morał? Szlaki przyjazne dla psów są szlakami przyjaznymi i dla mnie 😀 Dlatego polecam osobom o przeciętnej sprawności fizycznej szukać wypraw tym kluczem 😀

Pomylony szlak
Pierwszego dnia zdobyliśmy Małą Rycerzową i mimo, że nie był to trudny szlak, nazajutrz każdy czuł go w nogach. Cudownie jest czerpać z górskich okoliczności przyrody każdego dnia, ale jeśli wędrówanie pod górę nie jest naszą codziennością, nie ma co forsować organizmu. Dlatego też odczuwawszy wszystkie mięśnie od bioder w dół, następnego ranka postanowiliśmy, że zrobimy sobie przerwę. Rozpoczęło się poszukiwanie łagodnego odcinka na krótszy spokojny spacer „na dole”. Asia wynalazła jakiś 4-5-kilometrowy na stronie „trasa dla bobasa” – idealny na regenerację. Omówiliśmy plan przy śniadaniu i ustaliliśmy, że najpiękniejszy widokowo, a zarazem najbardziej wymagający szlak zostawimy sobie na trzeci dzień majówki.

Ruszyliśmy więc, standardowo, samochodem w kierunku punktu startowego. Rozpoczęliśmy wędrówkę z poczuciem, że czeka nas miły spacer bez przemęczania. Jakaż ja byłam zrelaksowana wiedząc, że tego dnia nie będę „walczyć o życie”. Mój poziom stresu pikował w dół, a spokojna głowa ochoczo podziwiała widoki podczas spaceru.
Im dalej w las, tym więcej przewyższeń, a drogowskazy ujawniały podejrzanie wysokie czasy dojścia do celu. No nic, może trudniej jest tylko przez chwilę, wszak jesteśmy w górach i ciężko, żeby było płasko. Nie pomagał fakt, że trafiliśmy fantastyczną pogodę podczas naszej majówki 😀 O ile miesiąc przed dopadał mnie smutek z powodu pesymistycznych prognoz, o tyle na miejscu okazało się, że wstrzeliliśmy się w absolutnie najlepsze okno pogodowe. Temperatura zmuszała do zdjęcia kurtki, bluzy, słońce grzało coraz mocniej. Duża część szlaku wiodła przez piaszczystą szeroką ścieżkę, ani trochę nie osłoniętą cieniami drzew. Rozpoczął się całkiem hardy trening – pod górę na pełnej patelni. Nasz czarny czworonożny towarzysz miał trochę dość tej temperatury, więc troskliwa właścicielka zarządzała regularne przerwy, żeby uchronić go (ją) przed przegrzaniem. Nie muszę chyba dodawać, że jako najsłabsze fizycznie ogniwo bardzo cieszyłam się takim obrotem spraw. Nie przemęczeniem pudla rzecz jasna, lecz częstym odpoczynkiem od szalejącego tętna.
Nie tak sobie wyobrażałam „trasę dla bobasa”. Ale grunt, że najtrudniejsze czeka nas nazajutrz, więc cieszmy się tym relatywnie łatwym szlakiem. Palące słońce wciąż męczyło, ale to przecież spokojny spacer. Zapewne niebawem czeka nas wejście do lasu i bardziej rześka aura.
Otóż nie tym razem. Za którymś zakrętem, gdy perspektywa zmieniła się na tyle, aby zobaczyć, jaki odcinek czeka nas przez najbliższe pół godziny albo więcej, naszym oczom ukazała się ścieżka jawiąca się niczym pionowa ściana. Pamiętam, że łapiąc kolejny cięzki oddech ze spuszczoną głową w dół, usłyszałam brzmiące jak ostrzeżenie słowa „Spójrz na to”. Kiedy podniosłam wzrok, mogłam to skomentować tylko jednym słowem: O KURWA.

Zdjęcia, jak zwykle, nie oddają tego, jak stroma była niniejsza ścieżka. Kiedy widzisz, z czym przyjdzie Ci się dosłownie teraz zmierzyć, wiesz, że musisz zebrać się w sobie i najbliższe dziesiątki minut będą kolejną „walką o życie”. Przez moment wdziera się strach przed jutrem. Jeśli to jest najłatwiejsza trasa wyjazdu, czy podołam trudniejszym? Trochę już wiesz, że coś jest nie tak. Ale fakty są takie, że wybraliśmy „trasę dla bobasa”, więc nie ma czego się bać. To pewnie ostre słońce i wciąż obecne zakwasy zakrzywiają nam odczuwanie tej wyprawy. Obawa rośnie, ale cieszmy się chwilą. Relaksujmy się faktem, że oto przed nami iście relaksujący spacer.
Pod koniec tej legendarnej ścieżki ledwo zipiałam, ale na horyzoncie majaczył koniec i byłam przekonana, że niebawem dotrzemy do celu. Kiedy spotkałam na górze odpoczywających towarzyszy, widać było, że ten odcinek dał w kość wszystkim razem i każdemu z osobna. Jestem pełna podziwu, że w końcowym etapie Asia podjęła się niesienia Buni na rękach. To się nazywa miłość i poświęcenie!


Po drodze natknęliśmy się na piękne kolorowe kamyczki, które to są obecnie przedmiotem zabawy na facebookowych grupach. Próbowałam się dowiedzieć, jak zapostować swoje znalezisko, ale przyznam, że zasady zabawy w #kamyczki trochę mnie przerosły. Trzeba przeczesać dziesiątki komentarzy, aby właściwie zgłosić znalezisko. Tak czy inaczej szanuję umiejscowienie kamyków oraz przede wszystkim talent plastyczny!


Faktycznie, najgorsze było za nami. Na górze można było odetchnąć i kontynuować spacer łagodniejszym odcinkiem, prowadzącym już prosto do Hali Lipowskiej.
Tam czekało na nas Schronisko Hala Lipowska. W przeciwieństwie do tego spotkanego wczoraj, było znacznie większe i nowocześniejsze, gdyż miało do dyspozycji prąd! Ja i Asia nie miałyśmy na celu spożywać tam posiłków, ponieważ obie przyjęłyśmy taktykę suto zastawionego stołu w nagrodę już po zejściu z powrotem na dół. Głodomor Bartek nie mógł się oprzeć posiłkowi po zdobyciu „szczytu”. Wyjaśnię, że nie zdobywaliśmy typowych szczytów, ale umownie przyjmuję tę nazwę po dotarciu do celu na górze.


W górach chodź zawsze tak, aby nie gubić znaków.
Wujek Lipowska, 12 II 1958
Przyznam, że tego dnia talerze turystów wyglądały wyjątkowo zachęcająco, więc skusiłyśmy się jednak na wspólne pierogi ruskie. Cena wysoka, ale smak wyśmienity! Po całym wyjeździe przyznaję im zasłużone pierwsze miejsce z całej kulinarnej gamy tegorocznej majówki. Bart zamówił placki ziemniaczane i wyglądały absolutnie smakowicie – złociste, idealne! W smaku podobno również TOP.


Po odpoczynku i krótkim posiłku udaliśmy się w drogę powrotną. Trasa wytyczona przez Asię pozwoliła zatoczyć ciekawe koło i większość drogi powrotnej wiodła inaczej niż w pierwszą stronę. Po raz kolejny potwierdziła się prawda o Beskidzie Żywieckim – praktycznie przez całą drogę możesz oglądać zapierające dech w piersiach górskie panoramy.




Tymczasem w Kolorowym Domku, wieczorową porą po powrocie z wyprawy, Asia rzekła: „Mam dobrą i złą wiadomość”. Okazało się, że… pomyliliśmy trasy! I ten najpiękniejszy i najbardziej hardkorowy, na który to zbieraliśmy siłę, aby pokonać go nazajutrz, załatwiliśmy właśnie dziś 😀 Jakież było nasze zdziwienie! Pomieszane z komentarzami typu „Ale faktycznie coś podejrzanie to wyglądało, jak na najbardziej lightową trasę wyjazdu”… I rzeczywiście, ta niemal pionowa ściana, ta niekończąca się wędrówka pod górę. Podczas wyprawy co raz dziwiło mnie, jak wymagająca jest ta najłatwiejsza trasa 😀
Niesamowite jest to, że wystarczyło nie mieć świadomości, aby pokonać ją bez wielkiego cierpienia i narzekania. Przecież z rana byliśmy przytłoczeni zakwasami i spragnieni regeneracji. Gdyby ktoś powiedział mi, że w takim stanie mam udać się na najtrudniejszą wycieczkę wyjazdu, marudziłabym i każdy metr pokonywałabym w obawie, czy dam radę. A tu proszę! Wystarczy, że człowiek nie wie, na co się pisze i od razu może więcej.
Tu nasuwa się ciekawy psychologiczny wniosek: Jeśli nie wiesz, jaka trudność Cię czeka, o wiele lepiej sobie z nią radzisz. Praktyczne zastosowanie powiedzenia „Mniej wiesz, lepiej śpisz”.
Jedzonko
Nieodłącznym elementem wypraw górskich jest, a jakże – jedzenie. Po zejściu ze „szczytu” smakuje najlepiej! Przyznam, że kocham schodząc mieć w głowie myśl, że najgroszy wysiłek za mną, a na dole czeka nagroda w postaci pysznego posiłku. Tutaj klimat karczmy jest wysoko pożądany. Tradycyjne polskie jedzenie w otoczeniu góralskiego wystroju zawsze podbja mi nastrój i nie wyobrażam sobie pobytu w górach bez tego typu zwieńczenia wyprawy.
Tym razem za pierwszym razem przeżyliśmy ogromne rozczarowanie i karczma ciesząca się dobrymi opiniami na mapach okazała się kompletnym niewypałem – pod względem smaku, obsługi, atmosfery i czystości. Podają tam najgorsze placki ziemniaczane z blachy – wyglądają jak spalone pankejki, a smakują jeszcze gorzej. Ależ to jest smutne, kiedy po całym dniu wędrowania jest się zmęczonym i napełnia się niesmacznym jedzeniem za niemałą cenę. Nie znoszę tego uczucia, bo jedzenie poza domem jest dla mnie nagrodą, celebracją. Nieprzyjemnie jest płacić za karę i nie uraczyć się nagrodą po kilkugodzinnych trudach fizycznych.
Za drugim podejściem trafiliśmy do Karczmy Ochodzita i już przy niej zostaliśmy, bo skoro smakowało, nikt już nie chciał ryzykować ponowną porażką. Mają tam sowite porcje! I ruch na okrągło. Za to najlepsze pierogi ruskie na świecie podawali w Schronisku na Hali Lipowskiej.
Hitem był za to drożdżowy kołacz makowo-serowy w Karczmie Ochodzita. Najedzone po obiedzie miałyśmy ochotę na deser, ale nie miałyśmy za bardzo miejsca w brzuchach 😀 Postanowiłyśmy więc zamówić porcję na spółę. Jakież było zdziwienie, gdy pani przyniosła na wielkim talerzu… dosłownie całe ciasto! Co by było, gdyby każda zamówiła je osobno?! Dodam, że w cenie jak za jeden kawałek, no hit!


Majówkowe rozrywki & relaks, czyli majówka „na Bali”
To oczywiste, że gwoździem programu podczas majówki w górach są wędrówki na szlakach. Ustaliliśmy jednak, że żadni z nas sportowcy zawodowcy i nie mamy ambicji na mordercze wyprawy, wystarczą nam te umiarkowane. Miło jest zażyć po powrocie innych przyjemności zamiast iść umęczonym spać i od rana zasuwać od nowa. Dlatego istotną rolę odegrał wychwalany wcześniej nocleg, bo pozwolił nam zrelaksować się pomiędzy małymi eskapadami w góry. Dodam, że mieliśmy też kawał szczęścia, a raczej obraliśmy celną strategię z terminem wyjazdu, bo przez większość pobytu byliśmy na terenie sami – pozostałe domki oczekiwały na przypływ gości do 2 maja. To dało nam pełną swobodę w przebywaniu i konwersacjach na świeżym powietrzu. Czy w przypadku obecności innych osób zamknęlibyśmy się w czterech ścianach? Oczywiście, że nie! Jednak brak sąsiadów znacznie zwiększa poczucie komfortu, co bardzo doceniłam podczas tego pobytu! Pies mógł swobodnie hasać (no dobra, nie do końca, ale o tym za chwilę :D), a my rozmawiać bez przyciszania głosu i słuchać muzyki bez poczucia przeszkadzania komukolwiek.
Skorzystaliśmy więc z pełnego spektrum rozrywek i relaksu: rozpaliliśmy grilla i ucztowaliśmy na tarasie, wypoczywaliśmy na leżakach, słuchaliśmy muzyki, coś pooglądaliśmy przy winku.

Jednego dnia zrobiliśmy sobie przerwę od tras pod górę i uraczyliśmy się krótkim spacerem w Dolinie Czarnej Wisełki. Rozczarowała mnie, a sama ją wybrałam. Spodziewałam się spokojnej ścieżki na łonie natury wzdłuż szumiącego potoku. Ten owszem, płynął i szumiał, ale droga wiodła przez asfaltową czynną drogę. Wędrówka nią w pełnym słońcu przy uważnym pilnowaniu psa była średnią przyjemnością. Jeśli to nie bezpośredni kontakt z lasem, naturą, to już nie to samo. Dlatego dość szybko zrezygnowaliśmy z tej trasy i wróciliśmy na teren Kolorowych Domków na pełen wypoczynek. Tego dnia spełniłam jedno ze swoich drobnych marzeń – czytałam książkę o górach w górach! Padło na trzecią część karkonoskiej serii kryminalnej Sławka Gortycha „Schronisko, które spowijał mrok”. Kilka dni po premierze! Wspaniałe uczucie chłonąć powieść w iście górskim klimacie spoglądając ukradkiem na panoramę malowniczych Beskidów.

Zwieńczeniem dnia pełnego relaksu była kąpiel w balii! Pięknej, opalanej drewnem, z widokiem wprost na pasmo górskie. Czyż to nie piękne? Przyznaję, miałam opory, ale ostatecznie niezmiernie się cieszę, że dałam się namówić! Jako osoba od wielu lat bez wanny poczułam się niesamowicie zrelaksowana i czerpałam z możliwości wygrzania się w ciepłej wodzie w każdej sekundzie. Odpoczynek w wodzie, która nie stygnie, a wręcz zmusza do regularnego wynurzenia się uważam za wybitnie odprężający! Chciałabym to kiedyś powtórzyć.

Ha, teraz możemy mówić, że byliśmy na majówce „na Bali”! 😉

Bunia też, haha! Wszak wskoczyła nam równo po godzinie, żeby obudzić nas z letargu i wybić nam z głowy pomysł przedłużania sesji.
Pies, którego okradziono na wakacjach
Ten szczegół zasługuje na osobny rozdział. Brzmi zabawnie, ale w gruncie rzeczy jest odrobinę smutny. Jak już można było się zorientować, jednym członkiem naszej załogi był pies – kosmaty czarny pudel miniatura o imieniu Bunia. Suczka, jeśli ktoś się nie zorientował. To bardzo pocieszna psina, która dzielnie kica po górskich szlakach, wita każdego radośnie, a mnie – z racji zostawania ciągle w tyle, praktycznie najczęściej. Bunia radośnie towarzyszy nam podczas wypraw, odsypia w samochodzie i na obiedzie, a poźniej harcuje energicznie wokół kolorowego domku. Jej ulubioną rozrywką podczas majówkowych wieczorów było gonienie za zabawką, którą życzy sobie rzucać, czego swoją drogą nie znoszę, ale dla niej to wspaniała zabawa.
Na wyjeździe miała do dyspozycji trzy takie zabawki: pluszowe udko od kurczaka, krówkę i donuta. Wszystkie były w ruchu, przy czym udko jako najczęściej tarmoszone walało się gdzieś na trawie w pobliżu naszego zielonego domku. Wcześniej pisałam, że do 1 maja byliśmy na terenie obiektu sami. Jako turyści owszem. Wyjątkiem był jednak pierwszy wieczór. Tego dnia właściciel wyprawiał urodziny syna i z tej okazji rodzina korzystała z balii, a później biesiadowała przy ognisku. Nie było to oczywiście przeszkodą, bo Pan kulturalnie zapytał nas, czy nam to nie przeszkadza, poza tym towarzystwo było kulturalne i nie hałasowało.

Czy jest jakieś ALE? Dla mnie nie, dla Buni owszem. Rodzinie towarzyszyły dwa psy – kundelek o imieniu Figa oraz chart wyścigowy o jakże pasującym imieniu Lambo. Po pierwsze, Bunia ma, nazwijmy, selektywne lęki społeczne. Ma obawy przed kontaktem z psem większym od siebie. Wyjątek stanowią chyba zaprzyjaźnione ziomki z jej podwórka, ale w Lalikach ewidentnie nie była u siebie, więc ta pewność siebie znacząco zmalała. Gdy tylko Figa i Lambo przyjaźnie podbiegły się przywitać, całodniowy uśmiech zniknął z pyszczka naszego kosmatego czarnego przyjaciela i ustąpił miejsca niepewności wymieszanej ze strachem. Wraz z pojawieniem się czworonożnych sąsiadów skończyły się radosne harce i gonienie udka kurczaka.
Początkowo Bunia po prostu wycofywała się i unikała kontaktu ze szczekającymi przybyszami, ale z biegiem czasu zaczęła się chować pod ławkę na tarasie, by w końcu… zniknąć w środku domku. Jeśli myślisz, że to koniec jej majówkowych dramatów, to jesteś w błędzie. Na jej oczach ucieszony Lambo dorwał w trawie to nieszczęsne pluszowe udko i zaczął z nim zasuwać swoim wyścigowym tempem po całym obiekcie. Po chwili wtórowała mu uradowana Figa i razem wymieniali się Buniową zabawką ganiając z nią w najlepsze między kolorowymi domkami.
Przestraszona pudliczka wodziła wzrokiem za artefaktem, który jeszcze przed godziną ochoczo podrzucała nam pod nogi, żeby za chwilę za nim gonić. A teraz musiała bezradnie obserwować, jak dwa bezczelne beskidzkie sierściuchy poniewierają przedmiot jej uciech na wakacjach i to bez jej osobistej zgody. W pewnym momencie nie wytrzymała i uciekła wprost do wnętrza zielonego domku. Asia próbowała walczyć o godność swojego psa i zachęcała ją do wyjścia na zewnątrz, aby towarzyszyła nam przy grillowaniu na zielonych leżakach. Nic z tego. Bunia wywleczona na trawę co najwyżej chowała się z powrotem pod ławkę na tarasie tak, że jej puszysty okrągły lokowany łepek był spłaszczany od góry deskami stołu.
Wystarczyło jednak, że na horyzoncie pojawił się ten szczudlaty nicpoń Lambo z udkiem od kurczaka w pysku i nasza okradziona sunia hyc! Z powrotem do środka zielonego domku. W pewnym momencie uprowadzoną zabawkę przejęła Figa, a Lambo zainteresował się, gdzież uciekła czarna kosmata przybyszka z Warszawy i czmychnął do środka naszego domku, by po chwili… wyłonić się z niego z krówką w pysku. Co musiała czuć nasza Bunia, gdy okradziono ją już z drugiej zabawki i to w miejscu, w którym czuła się bezpiecznie, nie wiem. Możesz się śmiać, ale ta scena sprawiła, że trochę serce mi się krajało. Mały wystraszony pudel musiał z bezradności poświęcić udko od kurczaka, uciekł do chaty, a tam wkradł się ten wąski intruz i podjebał jej kolejny skarb. Kurtyna.
Zabawa dwoma skradzionymi zabawkami trwała w najlepsze, a Buni jak z nami nie było, tak nie ma. Już nie pamiętam, czy Asia podjęła kolejną próbę wyprowadzenia jej na zewnątrz. Być może. Wtedy Lambo po raz kolejny postanowił wtargnąć na nasz teren, bo przyuważył na tarasie co? Miskę z psimi chrupkami! Czy zapytał, czy może się poczęstować? Oczywiście, że nie! Podbiegł szybciutko i złapał parę chrupków, by po chwili uciec i skonsumować je parę metrów dalej na trawie. Wydaje mi się jednak, że Bunia to widziała i trzęsła się ze złości i bezradności. Tego już było za wiele. Schowała się w środku na dobre, a pies wyścigówka raz po razie podchodził po kolejną porcję psich chrupków, uciekał z nimi kawałek dalej i ochoczo je pożerał. Ostatecznie przestał się krępować i centralnie wlazł na taras, by bez pardonu pałaszować całe dostępne Buniowe smakołyki.

I tak Bunia została psem, który został okradziony na wakacjach.
Ps. Właściciele Lambo oczywiście zapytali, czy zabawka się znalazła i nie zignorowali tego faktu. Owszem, Asia odbiła udko od kurczaka jeszcze tego samego wieczoru, a krowa została wygrzebana z trawy dnia następnego. Nie zmienia to faktu, że ten biedny spłoszony czarny pudel miał odebraną frajdę na cały wieczór, a w dodatku miejscowi oślinili mu zabawki i ojebali mu michę żarcia!
😉
*Jeśli jakimś cudem właściciele przybytku albo Lambo trafiliby na tę treść, pragnę zaznaczyć, że nie mam do nich pretensji ani zamiaru nikogo obrazić. Wieczór był zabawny, a ponieważ obrócił się w maly psi dramat, nie mogłam się powstrzymać, aby przytoczyć tę tragikomiczną historię 😉
Podsumowanie szlaków
Podczas czterech pełnych dni pobytu w Beskidzie Żywieckim udało nam się zdobyć 3 szlaki na górę oraz zregenerować mięśnie krótkim spacerem w Dolinie Czarnej Wisełki w Wiśle.
Pierwszy szlak startował z okolic kościoła w Soblówce i wiódł na Małą Rycerzową. Po drodze było sporo względnie wypłaszczonych ścieżek, dlatego to świetna opcja na zrobienie pętli bez morderczego wysiłku.




Na górze pies miał największą uciechę, bo natknęliśmy się na trochę śniegu! Ależ była zabawa!

Na górze rozpościerała się wielka polana z widokiem na Tatry, chyba słowackie. To była idealna miejscówka na spożycie posiłku i zebranie sił na ostatni odcinek pod górę. Iście górskie okoliczności przyrody! Zajrzeliśmy także do Schroniska, ponieważ mój życiowy towarzysz koniecznie chciał posilić się posiłkiem jeszcze na górze. Damska część grupy uraczyła się chlebem ze smalcem – bardzo przeciętnym zresztą. Sama atmosfera schroniska nie przypadła mi do gustu.





Drugiego dnia miało być najłatwiej, a było najtrudniej 😉 Po drodze było dużo otwartych przestrzeni, które w pełnym słońcu dawały poczucie niekończącej się wspinaczki na suchej patelni. Jeden odcinek był naprawdę stromy, z daleka wyglądał jak pionowa ściana i pokonanie go wprawiło serce w iście szaleńczy rytm. Muszę jednak przyznać, że ten szlak był chyba najciekawszy, w dodatku uwieńczony przepysznymi pierogami w Schronisku Hala Lipowska. Tak przepysznych ruskich dawno nie jadłam! Placki ziemniaczane też prezentowały się (i podobno smakowały) znakomicie. Podczas wędrówki znaleźliśmy też 2 malowane kamyczki pozostawione przez rodzinę z dziećmi. Urocze!



Trzeci dzień to wspomiana (faktyczna, a nie oszukana :D) regeneracja, czyli spokojny spacer „na dole” w Dolinie Czarnej Wisełki. Osobiście uważam, że do pominięcia.







Dolina Czarnej Wisełki obfitowała w tablice informacyjne i edukacyjne – zarówno na trasie ścieżki dydaktycznej, jak i przy parkingu pośród drewnianych altanek i ławek. Jedna z nich, opatrzona hasłem ZAPRASZAMY DO AKTYWNEGO WYPOCZYNKU zawierała wiersz Tuwima:
Na twardych korzeniach ślisko,
Na mchu głęboko i miękko,
Mrowi się wściekłe mrowisko:
Kopiec drgający męką.Przez drzewa miga drzewami,
Mokro i ciepło po deszczu,
Pachnie miękkimi grzybami,
Gałązki skrzypią – trzeszczą.I wtem – jak z cebra – na świerki
Julian Tuwim „W lesie”
Słońce chlusnęło, wylało,
I poszły ćwierki-przećwierki,
Zaświergotało, załkało… (…)
Czwartego dnia mieliśmy naładowane baterie i mogliśmy znowu zdobywać szczyty. Wybraliśmy pętlę, która umożliwiała dojście na szczyt Pilsko lub zawrócenie na Hali Miziowej. Był na niej mocno rozbudowany kompleks schroniskowo-gastronomiczny. Tym razem również uraczyliśmy się niewielkim daniem, ale mocno odstawało od tego, co serwują na Hali Lipowskiej.











Ucontentowani malownicznymi widokami po drodze i z polany nie potrzebowaliśmy bić rekordów i wybraliśmy drugą opcję. Zejście było ciekawe, momentami wiodło wąskimi ścieżkami między soczyście zielonymi drzewami i krzewami. Trwało jednak zaskakująco długo! Mieliśmy wrażenie, że droga powrotna nigdy się nie skończy. Pod koniec schodzenia trafiliśmy na stadninę z pięknymi pasącymi się końmi Huculskimi.



Dzień pierwszy – Mała Rycerzowa

Dzień drugi – Szklany Szlak: Hala Lipowska

Dzień trzeci – Dolina Czarnej Wisełki


Dzień czwarty – Hala Miziowa pod Pilskiem

Jeśli udało Ci się dotrzeć do końca tego wpisu, wiesz już, dlaczego jestem tak zadowolona z wyjazdu. W zasadzie faktem jest też to, że wyjeżdżam bardzo rzadko, więc każdą podróż ogromnie doceniam i staram się ją chłonąć każdą chwilą. Ale przede wszystkim chodzi o dostosowanie do swoich potrzeb i to jest główne przesłanie. Pięknie jest mieć odpowiednio dobrane towarzystwo, które ma podobne preferencje i jest w stanie dostosować dzień po dniu do zmieniających się wymagań. Jeszcze lepiej, gdy znajdzie się w nim osoba, która ma dryg do wyszukiwania tras. Fajnie jest mieć też na pokładzie kogoś, kto ma chęci i talent do uwieczniania tych pięknych wspomnień. Yeap, that’s me. Może i nie potrafię dzwonić w sprawie kwatery ani nie ogarniam dobrych szlaków, ale robię fantastyczne zdjęcia wędrownikom i oprawiam wyjątkowe chwile wyprawy w podsumowujący film. Super jest móc do tego wracać!
Majówkowe mądrości
Mówią, że podróże kształcą. Zawsze odbierałam to dosłownie. Rozwój rozpatrywałam w kontekście wiedzy na temat regionalnej kultury, zwyczajów. Ewentualnie jako lekcje przetrwania w niestandardowych czy trudnych warunkach. Po majówce 2024 wiem, że owo kształcenie niejedno ma imię.
Najcenniejsza lekcja tego wyjazdu? Nastawienie ma znaczenie. Ten banał znam od zawsze, ale tylko praktyczne odczucie przekonało mnie do niego dosadnie. To niesamowite, że nieświadomy tego, jak wielki trud go czeka, człowiek jest w stanie pokonać go ze spokojem głowy, bez strachu, oporu, marudzenia i finalnie lepiej go znosi. Po tym doświadczeniu na Hali Lipowskiej zamierzam stosować tę mądrość w praktyce w miarę możliwości. Jeśli przyjdzie mi mierzyć się z czymś trudnym, postaram się nie zagłębiać w szczegóły, tam gdzie to możliwe i rozsądne, aby podejść do konkretnego wyzwania z większym luzem i w efekcie z lepszym skutkiem. Pamiętaj:
Mniej wiesz, lepiej śpisz.
Lekcja numer 2: Jeśli chcesz jechać w góry i nie umordować się do granic możliwości, wybieraj szlaki przyjazne psom 😀