Część pierwsza cyklu: „Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt”. Każde miejsce staje się lepsze, kiedy wschodzi słońce i jest się z tym miejscem sam na sam. Bez tłumów, bez zgiełku, z dźwiękiem budzącego się do życia miasta w tle…
Kiedy? 9 sierpnia 2018


Jako osoba zakochana w odbiorze wizualnym, z zamiłowaniem do fotografii, zawsze marzyłam, by odbyć spacer po starówce z aparatem w ręku skoro świt. Żeby móc bez pośpiechu dostrzec detale, które na co dzień umykają, żeby łapać czyste kadry bez przechodniów i pokazać architekturę taką, jaką jest, i żeby pobawić się geometrią cieni na niczym nie zakłóconych ścianach i chodnikach.



Ale nie ukrywam, to nie lada poświęcenie dla śpiocha. W Trójmieście nie udało mi się zrealizować tego marzenia nigdy. W Warszawie – owszem. W sierpniu 2018 roku. Co i dlaczego mi zaświtało w głowie?



Warszawę da się lubić i da się podziwiać. Urokliwe Stare Miasto z bogatą i krwawą historią to w mojej opinii jedna z najpiękniejszych starówek w Polsce. Piękno warszawskich kamienic i uliczek dochodzących do Placu Zamkowego najlepiej jest podziwiać właśnie przy pierwszych promieniach słońca, kiedy można obejrzeć rynek w całej jego okazałości, bez tłumów pieszych na każdym kroku. Dlatego potwierdzam, że warto było się zerwać o bolesnej godzinie z łóżka, by spojrzeć na serce Warszawy z innej perspektywy.

Na start mikro nightdrive po 4 rano, gdy jeszcze było ciemno, Niemen w głośnikach i zajeżdżamy na Nowe Miasto, by zaparkować, wziąć aparaty i kamerki w dłoń i eksplorować Stare Miasto Warszawę.

W kolejnych postach skupię się na fotograficznej odsłonie tego pięknego poranka i zaprezentuję, co wyszło z moich rąk podczas tego niezapomnianego spaceru 🙂