Święta to magiczny czas i zaskakujący obrót spraw. Jednego dnia zostałam niespodziewanym gościem, następnego – to mnie odwiedził niespodziewany gość. Chcecie go poznać?
Po tym, jak zrobiłam w Wigilię niespodziankę siostrom Ł., zaprosiłam je do siebie na pierwszy dzień świąt 🙂 Chwilę przed ich wizytą wyszłam na moment na dwór i zobaczyłam samotnego zagubionego psa. Wyglądał na wystraszonego, nie kojarzyłam go z okolicy, ale przecież nie skupiam się na rejestrowaniu mieszkańców osiedla, więc nie wiem, czy faktycznie jest bezdomny. Niemniej, siedzący na chodniku w deszczu wywołał smutek i po powrocie do domu miałam ten obrazek w głowie. Oczekując na swoich gości, podgrzewałam pieczonego kurczaka, gotowałam buraczki zasmażane i szykowałam stół.

Wtem do mych drzwi puka załamana Dominika trzymając blachę z karpatką i racjonalnym przybitym głosem mówi: „Gosia, ja pier%#le, moja siostra weźmie do domu psa, a ją na to w ogóle nie stać…”
Okazało się, że starsza siostra Dominiki bardzo kocha zwierzęta i nie umie przejść obojętnie obok potrzebujących. To właśnie przez jej miękkie serce każda z sióstr Ł. skończyła z dwoma kotami czy psem i kotem, które to zostały napotkane gdzieś po drodze. Pies, którego widziałam w deszczu na chodniku, wskoczył zmarznięty do klatki za dziewczynami, a jedna z nich nie potrafiła go już zostawić. Pierwszy pomysł to oczywiście telefon do Straży Miejskiej czy innej organizacji, którą lokalnie mogłyśmy znaleźć w Internecie. Jednak koleżanka stwierdziła, że nie pozwoli go wziąć do schroniska, bo wie, jak tam jest strasznie. Siedziała z nim trochę na klatce schodowej, aby go oswoić, gdzie został uraczony wodą i kiełbaską.

Ostatecznie zdecydowała, że bierze go do siebie. Najchętniej na stałe, a w razie czego tymczasowo, dopóki nie znajdzie mu dobrego domu. Zapytała mnie więc, czy przyjmę go do swego domu na czas ich wizyty, dopóki dziewczyny nie wrócą do siebie wieczorem. Tym samym miałam w pierwszy dzień świąt niespodziewanego gościa.

Piesek od razu wypatrzył sobie kąt, w którym poczuł się bezpiecznie – na dywanie pod stołem. Kiedy opuścił go strach, okazał się być bardzo przyjaznym i przyzwyczajonym do kontaktu z ludźmi milusińskim psem.

Koleżanka na poważnie postanowiła go przygarnąć. Całe święta kręciły się już wokół tego psa. Pozostało więc nadać mu imię, najlepiej symbolizujące to, że odwiedził nas właśnie w święta. Nazwałyśmy go Rudolf – od renifera, koloru sierści, a nawet nosa, bo był właśnie brązowo-czerwony!



Ostatecznie Rudolf dostał ode mnie kawałek podłogi, świąteczny posiłek i pasek, z którego zrobiłyśmy smycz z obrożą. Dziewczyny zabrały go do domu, a w międzyczasie wystawiłyśmy w mediach społecznościowych ogłoszenie o znajdzie na lokalnych grupach. Szybko się do nas przywiązał, po każdym krótkim spacerze skakał delikatnie na każdego z radości i machał swoim puszystym ogonem. Po dwóch dniach odezwała się właścicielka i psa zabrała… Jego prawdziwe imię to Smiki. Mam nadzieję, że pies ma się dobrze i że więcej się nie zgubi. Dla mnie i tak zostanie naszym świątecznym czerwononosym Rudolfem 🙂
Tak to już jest. Jednego dnia jesteś niespodziewanym gościem, drugiego dnia taki gość odwiedza Ciebie 🙂