Obiad świąteczny i Krakowskie Przedmieście 2023

Czy powtórzenie czegoś drugi raz można uznać za tradycję? Jeśli tak, to tradycyjnie udaliśmy się na obiad świąteczny i spacer po warszawskim jarmarku i iluminacjach.

Tym razem w powiększonym gronie, ale znowu w to samo miejsce, co rok wcześniej, czyli na Podwale 25.

Standardowo trzeba zaparkować nieco dalej, dzięki czemu można podziwiać po drodze wiekową architekturę stolicy wzbogaconą o akcenty świąteczne.

Druga wizyta w Piwnej Kompanii znowu zachwyciła wystrojem, klimatem i otoczeniem.

Mądrości Podwala 25 głoszą:

Ile piwa w głowie, tyle prawdy w słowie.

Mądrości Podwala 25 c.d.:

Wszystko ma jeden koniec – tylko kiełbasa ma dwa.

Rozczarowanie

Tym razem miejsca nie polecę. Mimo mnogiej ilości sal, tym razem było dość niekomfortowo. Bardzo małe i ciasno stłoczone stoliki, nie ma gdzie położyć torebki, a zamówienie… nie mieści się na blacie. Dodatkowo trafiliśmy fatalną obsługę. Jestem daleka od unikania empatii i rozumiem, że każdy jest najpierw początkujący, ale jeśli myli mu (jej) się absolutnie wszystko, to potrafi odebrać apetyt. Zwłaszcza, że dziewczyna przynosiła wszystko w odwrotnej kolejności, na raz, dziwiła się, że nie może tego zmieścić na malutkim stoliku, przynosiła złe wersje, ciepłe dodatki odkładała na bok, potem przynosiła te same, ale już zimne… Niestety, to bardzo zniechęca. Najgorsze jest to, że na kulturalne zwrócenie uwagi reagowała klasycznym „fochem” z naburmuszeniem i tłumaczyła się dużym ruchem. W tym miejscu zawsze jest duży ruch i w zasadzie tym razem był znacznie mniejszy niż rok temu. Wśród gości obsługiwanych przez tę osobę wokół widać było identyczną sytuację. Miło było patrzeć, jak chłopak otrzymawszy swój posiłek chyba minimum godzinę wcześniej niż jego partnerka, po dżentelmeńsku czekał, aż ona doczeka swego zamówienia, żeby nie patrzyła jak on je… I czekał tak, aż jego obiad już dawno wystygł… To musiała być jedna z pierwszych randek 😉 Ktoś inny wezwał kierownika sali, aby złożyć skargę. To raczej przykre przypieczętowanie nieudanego serwisu. Posiłki były średnie, zwłaszcza, że spożywane w złej kolejności lub wystygłe. Taka sytuacja sprawia, że na pewno nigdy tam nie wrócę, a jeśli podtrzymamy naszą świąteczno-obiadową tradycję, to tylko w innym miejscu.

Jarmark i spacer

Podobnie jak rok temu, ciężkostrawne jedzenie nie zachęciło do długiego spacerowania, ale ochoczo przekroczyliśmy krok warszawskiego jarmarku. Znowu staranowanego przez tłumy, wszak była to sobota. Przyznam, że przeciskanie się jak niegdyś po mszy przy wyjściu z kościoła jest absolutną katorgą. Za to wystrój alejki, jak i wyroby na stoiskach bardzo cieszyły oko.

Po opuszczeniu jarmarku przyszedł czas na Plac Zamkowy z choinką zmieniającą kolory i zachwyt nad tegorocznymi iluminacjami w nowej odsłonie! Ze względu na weekend ilość zwiedzających była ogromna, więc ciężko było obejrzeć instalacje w całej okazałości.

Nie muszę dodawać, że czułam się jak szczęśliwe dziecko i z ekscytacją oglądałam zupełnie nowe warszawskie światełka. Czytałam, że w tym roku nastąpiła wymiana dekoracji i na ulicach stolicy zagościły ozdoby w duchu PRL i nie mogłam się doczekać, aż to zobaczę. Moim absolutnym faworytem jest poniższe przystrojenie latarni wzdłuż Traktu Królewskiego:

Ogromne wrażenie zrobiła także seria pajacyków, czyli figurek, które kojarzymy z choinek PRL-u.

Absolutną furorę robiła świetlna Syrenka. Nie było szans, aby uchwycić ten samochód na zdjęciu bez człowieka.

Spacer śladami świątecznych iluminacji w weekend jest męczący przez wszechobecne tłumy, ale ma też swoje zalety. Tylko w dni wolne działają projektory i mappingi na budynkach. Prężnie działa też uliczna oferta gastronomiczna, której nie uświadczymy w dni robocze. Nie wiem, co poza grzańcem czy grzanym serkiem można było zjeść, bo nie byliśmy tym zainteresowani. Jednym z najpiękniejszych punktów na Trakcie Królewskim był w mojej opinii Bristol. Z wyświetloną nań animacją ze śnieżynek, otoczony zewsząd girlandami i uroczo przystrojonymi latarniami prezentował się wprost bajkowo.

Ciekawostką jest, że chętni mogli skosztować grzańca (lub zimowej herbaty? nie pamiętam) na bazie warszawskiej kranówki.

Mieszkańcy stolicy mają nie tylko magiczną aurę na spacery, ale też szereg atrakcji okołoświątecznych. Na dowolnej stronie poświęconej życiu w Warszawie (i pewnie fizycznie w miejscach, gdzie wiszą ogłoszenia) można sprawdzić bożonarodzeniowy rozkład jazdy. Niemal każdego dnia grudnia miasto serwuje mniejsze i większe atrakcje. Podczas naszego spaceru odbywały się uliczne teatry oraz grała muzyka świąteczna na żywo. Tę ostatnio słyszeliśmy – scenę rozstawiono naprzeciwko Bristolu i stoiska z kranówką.

A na deser Brwinów

Na powrocie odbyliśmy krótki przystanek w Brwinowie. Można tam spotkać na rondzie przy dino pokaźne figury świetlne jeleni i wiewiórki. Brakuje mi takich instalacji w moich mieście, wprowadzają bowiem trochę magii. Kilka lat temu ktoś urwał i ukradł głowę tej wiewiórce. Wandalizm nie zna granic niestety. Na szczęście miasto stanęło na wysokości zadania i po kilku dniach wstawiono nową głowę zwierzęcia.