Wielu z nas często się zastanawia, co przynosi więcej radości: dostawanie czy dawanie prezentów? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo szalenie kocham jedno i drugie!
Nie będę udawać super szlachetnej i mówić, że dawanie jest dla mnie przyjemniejsze. Mam w sobie bardzo dużo z dziecka i radość z rozpakowywania niespodzianki spod choinki zapisała się w moim sercu bardzo wyraźnie. Totalnie z tego nie wyrosłam. Ale jako dorosła osoba cieszę się, że mam możliwość obdarowywać bliskich. Prezenty to znowuż idealny temat na osobne rozważania, idealne – a jakże, do podcastu 🙂 Dlatego nie będę się tutaj za długo rozwodzić na ten temat, ale wspomnę, że bardzo lubię dodawać do prezentów elementy spożywcze. Są absolutnie praktyczne i jeśli nie trafią w kubki smakowe osoby, która je otrzyma, mogą jej posłużyć jako element poczęstunku dla gości, czy – tak jak to czasem bywa również w przypadku przedmiotów – mogą stać się obiektem gry „Podaj dalej” ; ) Ja najczęściej dodawałam do prezentów kawy i herbaty – najchętniej o smaku czy aromacie typowo świątecznym, np. korzennym. W tym roku poszłam o krok dalej i postanowiłam wręczać w prezencie gwiazdkowym własnoręcznie przygotowane przetwory! Jest to w pewien sposób ryzykowne i jak się potem przekonacie, nie mówię tego bezpodstawnie. Przejdźmy jednak do konkretów i na pierwszy ogień weźmy dynię. Jadłam ją w marynowanej postaci podczas Wigilii u szwagra w Gdańsku dobrych kilka lat temu. Nie kojarzę takiego przysmaku z domu rodzinnego, więc była to dla mnie jakaś nowość. Nie do końca moje smaki, ale mocny aromat pasujący do świątecznych smaków. Dodatkowo większość lubiła, więc statystycznie rzecz ujmując, przygotowanie jej na prezenty innym miało dużą szansę powodzenia 🙂 Ja przygotowałam ją w occie z cynamonem, goździkami i anyżem z przepisu z Kwestii Smaku.

Kuchenna pracownia świętego Mikołaja
I tak nasza kuchnia zamieniła się w pracownię świętego Mikołaja, bo tak ją właśnie nazwałam. Z radością puszczałam sobie świąteczną muzykę na głośniku BT, który stoi na parapecie i umila mi gotowania. W akompaniamencie zimowych hitów dzielnie kroiłam różne odmiany dyni (padło na Muscat i Hokkaido), wyparzałam słoiki i gotowałam aromatyczną zalewę.

Strojenie słoików i szykowanie etykiet sprawiało mi niemniej radości! Zaopatrzyłam się w sznurek jutowy, wykorzystałam posiadane od dawna wycinanki w świąteczne wzory, a także wysuszone elementy z bukietu kwiatów, który dostałam w pracy na urodziny.

Na dyni się nie skończyło. Postanowiłam również zrobić słoiki z tartymi buraczkami – idealne na ciepło do kotleta. Któż nie lubi sięgać po takie do domowej spiżarni podczas szykowania niedzielnego obiadu? Najlepsze jest to, że dorwałam wysokiej jakości buraki z certyfikowanego gospodarstwa ekologicznego z okolicy – Pazikoland. Udało mi się trafić na ogłoszenie na FB, zamówić parę dobroci i pojechać do umówionego miejsca na odbiór z bagażnika. Wspomnianego producenta z całego serca polecam. Miałam okazję zamówić i skosztować od nich burakim, marchew, kapustę kiszoną, ogórki kiszone i najlepsze na świecie truskawki. Młodzi ludzie z sercem do rolnictwa, oby im się kręciło w tym interesie!

Buraczki przygotowałam z przepisu Jakuba Kuronia. Robiłam zarówno te ćwikłowe z uprawy ekologicznej Pazikoland, jak i kupne w markecie i w przypadku tych pierwszych zebrałam ogromne pochwały od obdarowanych 🙂


Słoiki z dynią wręczyłam także mojej ekipie z pokoju z pracy, bo to wspaniali ludzie są. Uwielbiałam naszą wesołą atmosferę w pokoju i to, że każdy zawsze się czymś dzielił. Dlatego z przyjemnością przygotowywałam swoje przetwory również z myślą o nich. Jedna koleżanka Anetta otworzyła swój słoik od razu i muszę przyznać, że po kuchni rozpościerał się po chwili intensywny i piękny aromat. Kurw%a wyszło!

Absolutnym gwoździem programu były grzyby marynowane. Jak ja kocham ten rarytas! Nie pomyślałabym, że będę kiedykolwiek sama je zbierać i tak przygotowywać! Byłam właśnie z Jadźką na swoim pierwszym z prawdziwego zdarzenia grzybobraniu w październiku i wtedy to zrobiłam wiele słoiczków. Od razu wiedziałam, że część powędruje pod choinkę. I tak zebrała się całkiem niezła kolekcja moich przetworów w roli prezentów:

Nazywałam je na etykietach „Łakocie Gosi” 😀




I tak powstała Pracownia św. Mikołaja.

Ale to nie wszystko! W pracowni powstał jeszcze, co prawda z gotowych elementów, kompot z suszu. Poznałam bardzo ciekawą tradycję znajomego Pawła znanego jako „pes” polegającą na rozlewaniu tegoż wigilijnego napoju do butelek po alkoholach. Muszę przyznać, że ciekawy sposób na wykorzystanie opróżnionego szkła i zacnie się prezentuje, jeśli komuś to wręczamy. Skorzystałam z jego pomysłu i przygotowałam kompot w tej postaci na Wigilię, na którą wybraliśmy się do szwagra do Jeżówki.

Razem z kompotem skomponowaliśmy na tę wigilijną gościnę całą paczkę domowych przysmaków:

A jako świeżo upieczeni kompozytorzy lasów w słoiku (byliśmy na warsztatach w Leroy Merlin we wrześniu) postanowiliśmy stworzyć taki również własnoręcznie w prezencie:

Oto wszystko, co pojechało do Jeżówki z naszej pracowni św. Mikołaja 🙂 Zła wiadomość jest taka, że… Grzybki mi nie wyszły. Żadne. Trochę niezręczne, że właśnie takie trafiły w ręce obdarowanych, ale zachowałam się odpowiedzialnie i po odkryciu pierwszego zepsutego słoika u siebie, uprzedziłam wszystkich, którzy je dostali. Cóż, wielka szkoda, ale pozostałe przetwory i dania podobno były pyszne 🙂

Jak zawsze, lubię dzielić się tym, co przygotowałam dzieciakom. Chrześnica Ola dostała ozdobny dzwoneczek ze swoim imieniem oraz grę edukacyjną o Polsce, a jej młodsza siostra Zuzia – zestaw pacynek, które mam nadzieję będą dostarczały rozrywki w jej pierwszych latach życia.


Luby dostał klocki LEGO Technic i był przeszczęśliwy <3

Uwijałam się jak prawdziwy Elf w mojej pracowni św. Mikołaja. Na koniec okazało się, że o mnie też ktoś pamiętał. Muszę przyznać, że paczka od chrześnicy rozczuliła mnie niesamowicie. Dostałam tyle przepięknych niespodzianek, z czego większość z nich robiła sama! Ok, z pomocą swojej mamy, ale ona też była takim Elfem w swojej pracowni i coś z ich fabryki trafiło właśnie do mnie! Ale co? Same skarby! Ta niespodzianka sprawiła mi nieopisaną, przeogromną radość!

Młoda robi z mamą takie cuda z jakichś koralików, które się prasuje. Dostałam aniołka, który w tym roku trafił pod czubek choinki.

Do tego absolutnie przepiękne podstawki pod kubki w śnieżynki. Jak widać na zdjęciu powyżej, wszystko made by Ola <3

Od razu poszły w użycie 🙂

Do tego dostałam absolutnie najpiękniejsze skarpety świąteczne, jakie w życiu widziałam! Kto nie kocha dostawać skarpet czy gaci pod choinkę? A kto ich nie wręcza, niech pierwszy rzuci kamieniem ; ) Tak czy siak, piękniejszych nie mogłam sobie wymarzyć. Długie, cieplutkie, z cudownym wzorem, o intensywnych kolorach i jeszcze 3D 😛 A jak ślicznie zapakowane! Jarałam się jak Rzym za Nerona, totalnie.




Ale to nadal nie wszystko! Moja siostra jest mistrzynią cukiernictwa i razem ze swoimi dziewczynami przygotowują śliczne pierniczki. Kilka z nich trafiło do mnie. Nie wiedziałam, czy mam się na nie gapić czy je zjeść, ale po jakimś czasie nie wytrzymałam ; ) HOMEMADE by Ola! Ta karteczka z podpisem mnie wzruszyła, mega!


Tym smakowitym akcentem zakończę krótką historię o sochaczewskiej (i gdańskiej!) pracowni św. Mikołaja edycja 2019 🙂