Czas na część właściwą cyklu „Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt”. Zdjęcia z lustrzanki odkopanej po latach zrobione podczas niezapomnianego spaceru o świcie po Warszawskim Starym mieście. Dziękuję mojemu bratu za motywację na powrót do fotografowania 🙂

Tak jak wspominałam w poście trzecim z nadwiślańskiego cyklu na filmiku, przeprosiłam się ze swoją lustrzanką po latach, a zainspirował mnie do tego mój brat. Śledził moje wrzutki internetowe z telefonu z wyrzutem, że „kiedyś to robiłam fajne zdjęcia prawdziwym aparatem, a teraz śmigam po pięknych miejscach z telefonem…” No cóż, wygoda. Tak czy siak, wjechał mi na ambicje i bardzo dobrze zrobił! Wraz z całym sprzętem taszczyłam podczas magicznego spaceru swoje lustro z ciężkimi obiektywami, których przepinanie niezmiernie mnie męczyło, ale efekt raczej był tego wart. Sprawdźcie sami!

















Kocham takie detale. Szyldy, ornamenty i wszystko, co zachęca, by wejść do środka. W drugiej części cyklu więcej ujęć witryn z telefonu, zapraszam do obejrzenia 🙂















Mam nadzieję, że wczuliście się w klimat wstającej do życia Warszawy i z satysfakcją odbyliście ze mną poranny spacer po Starym Mieście. W pierwszej godzinie człowiek czuje się jak zombie, ale szybko orientuje się, że doznania są niecodzienne i warte przeżycia. Poza tym, po powrocie do domu nie opłaca się iść spać i można zrobić mnóstwo ciekawych rzeczy. Czy skorzystałam ze swojej szansy? O tym dowiecie się w kolejnych postach 🙂
Polecam raz na jakiś czas zmusić się do szalenie wczesnej pobudki i spojrzenie na świat z innej perspektywy. To spełnia nas wizualnie i duchowo i daje pozytywne wspomnienia, Mam nadzieję, że odwiedzę jeszcze niejedno miejsce o świcie! I że zainspiruję niejedną osobę do popełnienia tego rodzaju „szaleństw” ; ) Wniosek? Warszawę da się lubić. A małe marzenia warto spełniać!
O tym, skąd zrodziło się marzenie, piszę w części pierwszej cyklu „Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt”.