Grzybobranie – reaktywacja

Minęły aż 3 lata od mojego pierwszego i ostatniego grzybobrania. Jesienna aura przypomniała mi, że warto reaktywować to niezwykłe zajęcie.

Przerwa w grzybobraniu

O swoich początkach w zbieraniu grzybów pisałam w poście „Krótka historia o grzybobraniu”. Dlaczego zatem przestałam jeździć na grzyby? Bo wkrótce po pierwszej wyprawie z moją grzybową mistrzynią Jadzią zmieniłam pracę i nasze drogi się rozeszły. Tak się złożyło, że nie mam w bliskim otoczeniu towarzystwa do tego typu wypraw. Ze względu na znikome doświadczenie wolałabym szukać grzybów z kimś, kto się na nich zna, aby uniknąć śmiertelnego zagrożenia w postaci zabrania trujących okazów. Poza tym nie odważyłabym się sama spacerować po lesie. Znalezienie drogi powrotnej nie jest dla mnie oczywiste, a zgubić się z kimś jest zdecydowanie raźniej. I bezpieczniej.

Coś jednak wisiało w jesiennym powietrzu i zatęskniłam za tą niepowtarzalną atmosferą niosącą się wraz ze śmiechem wzdłuż leśnych szlaków. Dlatego postanowiłam odnowić kontakt z Jadzią i reaktywować to, co zaczęłyśmy 3 lata wcześniej. Na moje nieszczęście akurat smażyła dupsko w Egipcie, więc musiałam cierpliwie poczekać, aż wróci z corocznych jesiennych wakacji.

Leniwe grzybobranie

Na moje szczęście z kolei, inna koleżanka – Aga z Piastowa, zaproponowała mi spacer po lesie i szukanie grzybów przy okazji. O dziwo, nie o świcie, lecz o 10. Agnieszka stwierdziła, że grzybów w lesie starczy dla każdego i można spokojnie się wyspać.

Kiedy? 9 października 2022

Umówiłyśmy się w Puszczy Mariańskiej, co mnie ucieszyło, bo to trochę moje okolice. Oczywiście nie najbliższe, ale zawsze mi miło, gdy ktoś znajomy z okolic Warszawy fatyguje się w moją stronę.

Zgubiłam się

Niestety zgubiłam się szybciej niż przypuszczałam 😅. Nie trzeba było wjeżdżać do lasu, żeby stracić orientację. Nawigacja wprowadziła mnie w błąd i skręciłam nie tam, gdzie trzeba. Na szczęście wyjechałam z odpowiednim wyprzedzeniem i miałam zapas czasu na błądzenie. Dobrze się złożyło, ponieważ niedługo po wkroczeniu na pomyloną drogę moim oczom ukazał się przeuroczy malowniczy zajazd. Oczywiście musiałam zaparkować, obejść go dookoła i nacieszyć oko sielskim klimatem bijącym z tego cudownego miejsca. Szybko się okazało, że już o nim słyszałam i było mi polecane.

To „Oberża pod złotym prosiakiem” w Nieborowie – regionalna polska kuchnia. Od razu postanowiłam, że muszę tu kiedyś przyjechać na obiad.

Więcej gadania, mniej grzybobrania

Co do tego, że nawet o 10 w sobotę można znaleźć grzyby w lesie, Aga miała rację. Ale było ich już mało. Ja z kolei szukałam ich dosłownie drugi raz w życiu i moje oko było wciąż totalnie niewprawione. Wypatruję ich kilka razy mniej niż moi towarzysze. Koleżanka przyjechała w towarzystwie męża i córeczki i jak się okazało, całą rodziną są zapalonymi grzybiarzami. To u niej jadłam na Mazurach swoją drugą przepyszną zupę grzybową w życiu! Tymczasem cieszyliśmy się przyrodą i rozmową, a grzyby były tylko dodatkiem do tego spotkania. Na koniec spaceru Aga podzieliła się ze mną ich zbiorami, żeby wyrównać szanse. Miałam w łubiance dosłownie z 5 sztuk, a ona dosypała mi trochę, żebym miała z nich jakikolwiek pożytek, np. jajecznicę. To był niezmiernie miły i chyba dość niespotykany gest. Grzybiarze prędzej się pozabijają niż podzielą grzybami 😅.

Pamiętam, że zrobiłam wtedy jeden mały słoiczek grzybków marynowanych. Jako ich fanka postanowiłam próbować je sporządzać do skutku, bo za pierwszym razem wszystkie mi nie wyszły. Dodatkowo dostałam od Agi kanie, więc usmażyłam je w panierce jak schabowego. Były pyszne, jednak wolę tego nie powtarzać, bo to zbyt ciężkie połączenie dla mojego delikatnego brzucha.

To był bardzo miły i relaksujący powrót do grzybobrania. Co prawda mało owocny, ale dzięki temu, że Aga podzieliła się ze mną grzybami, mogłam z nich coś przygotować. Poza tym uważam, że spotkanie i wzajemna aktualizacja tak zwanego „co słychać?” przy okazji zbierania grzybów jest świetnym pomysłem!

Reaktywacja grzybobrania z Jadzią

Jakiś czas później wróciła Egipcjanka marnotrawna 😜 i umówiłyśmy się na grzyby. Po trzech latach! Drugi raz razem! Tym razem Jadzia postanowiła zabrać mnie w dalsze rejony, gdzieś w okolice Długosiodła.

Kiedy? 29 października 2022

Co zabawne, spotkałyśmy tam w lesie znajomą z naszej wspólnej, czyli mojej byłej już pracy – Emilkę. Buszowała po lesie z całą rodziną i nie połączyłyśmy sił. Tamten las jest uwielbianym miejscem grzybiarzy. Mnie się nie spodobał. Nie wiem czemu, prawdopodobnie przez krajobraz. Każdy las ma swój specyficzny charakter, kolory, gatunki drzew, grubość mchu. Ten konkretny wydał mi się mało barwny i atrakcyjny. Poruszanie się po nim nie sprawiało mi aż takiej przyjemności.

Owszem, to wciąż był świetnie spędzony czas. Oddychanie leśnym powietrzem w połączeniu z poszukiwaniem skarbów w wesołym towarzystwie gwarantuje udany dzień. Jednak po pierwszym grzybobraniu zapamiętałam to iście bajkowo i klimat Długosiodła nie podołał moim pierwszym wrażeniom. Dodatkowo niezbyt podobały mi się okazy, jakie tam trafiałyśmy. Większość podgrzybków miała duże podjedzone kapelusze. Zdecydowanie jestem fanką małych i jędrnych 😜.

Na bazie zbiorów z Długosiodła ugotowałam zupę. Tym razem postawiłam na zwykłą płynną formę, a nie krem. Gotowałam według wskazówek Jadzi, na podsmażonym boczku. Do tego dodałam większe kawałki grzybów i kapelusze, natkę pietruszki i tym razem bez dodatku śmietany, bo już wiedziałam, że nie mogę jej spożywać. Robię tak, że wychodzi lekko kremowa i póki co próbuję z wkładką ziemniaczaną a nie makaronową. Wyszła przepyszna!

Jesienna aura

Nie da się ukryć, że październik jest kwintesencją jesiennej aury, więc nawet las, który nie przypadł mi szczególnie do gustu, pozwolił poczuć wyjątkowy charakter tej pory roku.

Zaczęłam więc cieszyć się urodą jesieni w mieście i przynosić jej odrobinę do domu.

Przepiękne korony drzew widziane z okna
Widok z okna
Gdzieś na spacerze

Jesień w Sochaczewie:

Słodki finał

Jedną z atrakcji podczas reaktywacji grzybobrania z Jadzią był zaplanowany przez nią wypad do cukierni. Od razu zapowiedziała, że po drodze do Długosiodła zajeżdzamy do niej po coś na śniadanie, a na powrocie kupujemy ciacho do przysłowiowej kawy do domu. Mówię „przysłowiowej”, bo ja kawy nie piję. Ale miałam do herbaty oczywiście 😊.

Byłyśmy tam 2 dni przed Halloween, co pozwoliło nam cieszyć oko tematycznymi łakociami.

Po powrocie zaszłam do Jadzi na to kupione ciacho i herbatę i miałam okazję poznać jej koty – kolejne słodziaki, jakby komuś było mało cukru 😁.

Do domu kupiłam kawałki trzech ciast: marchewkowe, sernik i jakieś z kwaśnymi owocami. Były rzeczywiście przepyszne! A zdobienie tego marchewkowego to majstersztyk!